Wysiadł z samochodu na rogu ciemnej, pustej alejki. Żarówka
przepaliła się w najbliższej latarni i musiał zapalić latarkę, żeby
cokolwiek widzieć. Ściany alejki pokrywało graffiti i sypiący się tynk. Jak one
trafiły w to miejsce? Puste butelki walały mu się pod nogami. Jakieś szmaty i
śmieci. Szedł wzdłuż prawej ściany aż strumień światła padł na długą
pordzewiałą drabinę, ciągnącą się do samego dachu. Stał pod nią, patrząc
pionowo w górę. Może lepiej wezwać policję? Wejść tam dołem, nie ryzykować?
Wolał nie wiedzieć ile razy jego córka wspinała się na ten dach. Zębami chwycił
latarkę i powoli ruszył w górę. Dlaczego to on musiał się tym zająć? Czy nie
było nikogo innego? Rodziny? Służb?
Drabina niepokojąco skrzypiała pod jego ciężarem. Próbował
nie patrzeć w dół, tylko mozolnie piął się w górę w plamie światła z latarki.
Cieszył się, że nie padał deszcz. W połowie drogi spuścił wzrok, ale jego
spojrzenie nie sięgało niżej niż jeden szczebel poniżej stóp. „Gdybym się
puścił, spadłbym przez krawędź wszechświata.” Wspinał się dalej, odsuwając od
siebie takie myśli. Kiedy w końcu stanął na dachu, owiał go chłodny, zimowy
wiatr. Jak miał znaleźć Marlo w tej wielkiej ruinie? Ruszył w kierunku schodów
i potknął się o jakiś kabel. Upadł, klnąc siarczyście.
Robił to dla własnej córki czy jaki to wszystko miało cel?
Czemu przylazł tu sam, w środku nocy, jak niewydarzony naśladowca Indiany
Jonesa? Chciał pokazać jakim jest świetnym ojcem, zrobić na złość żonie, a może rzeczywiście zaczął
troszczyć się o tę dziewczynkę, o którą najwyraźniej nie dbała nawet własna
matka? Która szukała w jego domu namiastki swojego, w jego córce – siostry, w
zespole – rodziny. A w nim? Ojca? Sama nigdy by tego nie przyznała.
Podniósł się z ziemi i otrzepał ubranie. Miał szczęście i
latarka nie przestała świecić. Tym razem skierował ją wprost pod nogi i bardzo
uważnie poszedł dalej, po chrzęszczącym od brudu dachu, a potem opustoszałych
schodach, na których niosło się echo jego kroków.
- „Za witraża dziwnym szkłem, pustych komnat chłód, w szary
pył rozbity czas, martwy pusty dwór”4 – zanucił pod nosem, chociaż
czuł się bardziej jak w czarnobylskiej elektrowni.
Wkroczył na korytarz najwyższego piętra i rozejrzał się w
obie strony.
- Marlo, jesteś tu? - rzucił w pustkę, ale usłyszał tylko
własny głos.
Sprawdził najbliższe drzwi, jednak były zamknięte, podobnie
jak większość na tym piętrze, poza ostatnimi po lewej stronie. Wewnątrz zastał
tylko kilka śpiących gołębi.
Dochodziła druga. Klatkę schodową zalegał kompletny mrok,
poza słabym światłem, które niósł ze sobą. Szedł niezwykle wolno, wyczerpany, a
zarazem skrajnie wyczulony, czując bezmyślny lęk przed nieokreślonym
zagrożeniem. Nieznanym niebezpieczeństwem czającym się w ciemnościach, poza
klaustrofobicznym bąblem jasności rzucanej przez latarkę. Zatrzymał się na pół
piętrze, dając sobie chwilę wytchnienia i poświęcił ją na wyklinanie matki
Marlo od najgorszych. Czując nieznaczną ulgę, zszedł na drugie piętro.
Oświetlił po kolei oba korytarze. Po prawej stronie dostrzegł uchylone drzwi.
Podszedł tam, intensywnie nasłuchując.
- Marlo, jesteś tam? – Cisza. – Marlo?
- Kto tam jest?! – usłyszał jej przerażony głos zza innych
drzwi. – Odejdź stąd, idź sobie!
- To ja, Oldie – powiedział możliwie najłagodniej, ruszając
w ich stronę.
- Odejdź! Zostaw mnie! – zawołała Marlo, ale on nie zważając
na to, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Omiótł je światłem latarki. Na odrapanych ścianach wisiało
kilka plakatów muzycznych. Marlo wcisnęła się w najdalszy róg pomieszczenia i
zawinięta kocem, trzęsła się ni to z zimna ni ze strachu.
- To ja, spokojnie, przyszedłem ci pomóc – powiedział Oldie.
- Nie podchodź! Nie patrz na mnie! – Odwróciła się do niego
prawym profilem, osłaniając twarz rękami. – Nie możesz mi pomóc!
- Marlo…
- Nie! – krzyknęła, kiedy postąpił kilka kroków.
Zatrzymał się i kucnął, aby się z nią zrównać.
- Już, spokojnie. Powiedz mi co się stało. Daj mi szansę i
na pewno coś zaradzimy – obiecał tonem, którym mówi się do dziecka.
Dziewczyna rozpłakała się i dłuższy czas nie mogła wydusić słowa.
Oldie bardzo wolno zbliżył się do niej i przyklęknął przy jej stopach. Milczał,
czekając aż się odezwie.
- Chciał zabrać moją gitarę – powiedziała w końcu, a w jej
głosie zabrzmiała nienawistna nuta. – Chciał przepić mój bas! Całe szczęście,
że trzymam go w garażu Lily. Nawet nie wiem skąd o nim wiedział, bo to prezent
od dziadka. – Spojrzała na niego i dopiero wtedy to zobaczył. Przytrzymał ją za
brodę i obrócił lewym policzkiem w swoją stronę. Pokrywał go ciemnofioletowy
siniec.
- Kto ci to zrobił, Marlo? – zapytał Skalski poważnie.
Strząsnęła jego rękę i przywarła do ściany.
- I tak nie pomożesz! – rzuciła histerycznie.
- Kto ci to zrobił? – powtórzył głośno i ostro.
Wbiła w niego spojrzenie, pełne strachu i wstydu, sondując
czy mogła powiedzieć o tym właśnie jemu. Tacie Ani, który był jej
zdecydowanie bliższy niż…
- Mój ojciec – powiedziała i spuściła wzrok, czując
upokorzenie. Przyznała się przed nim do hańby, jaka na niej ciążyła, do
najgłębszego korzenia niepewności, jaką w sobie nosiła, poniżenia, które
przytłaczało jej barki. – Ja nie mogę tam wrócić. Dłużej już nie wytrzymam, nie
zniosę tego!
Przyciągnął ją i długo płakała, wtulona w jego kurtkę.
- Już dobrze, Marlo, zabiorę cię do nas. Przenocujesz u Ani
, a jutro zajmiemy się wszystkim w porządku?
- Tylko nie każ mi tam wracać – zapłakała dziewczyna.
- Nikt cię do niczego nie zmusi.
*
Jego żona nie odezwała się ani słowem, kiedy chwilę przed czwartą
zjawił się w mieszkaniu w brudnym ubraniu i z Marlo kurczowo uczepioną
jego kurtki. Jednak obserwowała ich przez uchylone drzwi sypialni i słuchała,
jak Ania rzuca się z płaczem na swoją przyjaciółkę i jak Skalski każe im
spać, i pozwala nie iść do szkoły. A potem ściąga buty i kurtkę, przebiera się
w strój do pracy i kładzie się na kanapie, nie chcąc jej obudzić.
Tyle, że jego żona i tak nie mogła zasnąć, zmagała się z myślami,
kłóciła się z sobą. A potem słońce powoli wstało, na zewnątrz zrobiło się
szaro, zadzwoniły ich budziki (chociaż żadne nie spało) i minęli się w biegu,
rozmawiając lakonicznie, jeszcze bardziej zmęczeni niż wieczorem, jeszcze
bardziej odlegli. Elżbieta zgodziła się, by „przyjaciółka ich córki” została
jeszcze jeden dzień, nie pytając go o prawdziwe powody, nie zastanawiając się
dlaczego, lecz pozwoliła sobie stać się jeszcze bardziej wyobcowaną, zdusiła w
sobie wątpliwości, nie zdała swoich pytań, nie chcąc poczuć się głupią,
infantylną, żenującą, pogubioną. A on niczego nie wyjaśniał, bojąc się jej
spojrzenia, kolejnych wyrzutów, oskarżeń, następnej kłótni.
I pożegnali się na korytarzu, zimnym pocałunkiem w policzek,
a każde starało się nie myśleć o tym drugim, podczas samotnej podróży do pracy.
*
„Locked
inside, my own mind, I’m so alone.
Locked
inside, my own mind, I’m so alone.”^
Jego szept niósł się w niemal absolutnym mroku, psutym tylko
przez lampkę świecącą ponad barem. W ślad za jego głosem podążała wyłącznie
niepokojąca, cicha partia perkusji i kilka nut, wrzuconych tu i tam ze strun
gitary.
„„Locked
inside, my own mind, I’m so alone.
Locked
inside, my own mind, I’m so alone.”^
Perkusja zerwała się nagle do obłąkańczej gonitwy i ucichła
równie niespodziewanie, wracając do poprzedniej partii. Oldie szeptał do
mikrofonu z zamkniętymi oczami, wzbraniając się przed spojrzeniem przed
siebie. Na swoją żonę siedzącą samotnie pod rozświetlonym barem. Kiedy oddali
się tak bardzo, że doszukują się wzajemnych, wrogich intencji? Podsycają
podejrzenia. Szlifują oskarżenia. Dopatrują się poszlak dla własnych hipotez,
zamiast szukać wspólnych rozwiązań i odpowiedzi. Czy odkąd zamienili się
rolami? Czy od czasu, gdy jej kariera nabrała rozpędu? Czy z chwilą założenia
zespołu? Czy każdy z tych elementów był tylko kolejną cegłą w murze, krokiem ku
ułudzie wygodnego wyobcowania? I jak w centrum ich sporu znalazła się Bogu
ducha winna nastolatka, szukająca w ich domu schronienia?
*
- Pewnie! Najlepiej ją adoptuj! Albo po prostu pozwól jej tu
mieszkać zamiast mnie. Ja i tak ciągle siedzę w biurze!
- Grasz poniżej pasa, Ela!
- Bardzo trafne określenie, tylko o kim tutaj mowa?
- Kobieto, zastanów się, co ty pleciesz?! To jest
siedemnastolatka!
- Nic tylko się cieszyć! Nie będziesz miał problemów z
prokuratorem.
Skalski zacisnął pięści i zamknął oczy, nie mogąc na nią
patrzeć. Ze złości był blady jak ściana.
- Zwariowałaś do reszty – oświadczył w końcu, bardzo
dobitnie.
Jego żona dyszała ciężko, piorunując go spojrzeniem. Stali
naprzeciw siebie, pośrodku salonu, drąc się na tyle głośno, że ich głosy niosły
się po całym domu.
- Chodzi o kilka dni, żeby jej stuknięta matka mogła zrobić
porządek w domu i żebym miał pewność, że jej ojciec nie wrócił. A to, co
się roi w twojej głowie, nie ma z tym nic wspólnego.
- Jasne, ty jesteś Matką Teresą z Kalkuty, a ja jeszcze
rzucam ci kłody pod nogi.
- Wiesz co, Ela? Nastaw sobie budzik co półgodziny albo ,
nie wiem, zrób co chcesz, ale jako sławna pani adwokat powinnaś chyba wiedzieć,
że to winę trzeba dowieść, a nie niewinność, czy nie? Ominął cię ten
wykład? Także, wybacz, że nie będę udowadniał ci, że nie jestem wielbłądem i
byłbym wdzięczny, gdybyś przestała robić z siebie idiotkę.
Jego żona wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami i równie
ostentacyjnie zamknęła się w sypialni. Skalski wyszedł w ślad za nią i krótką
chwilę stał w przedpokoju. Ostatecznie ubrał płaszcz i skierował się do
wyjścia. Ania i Marlo zatrzymały go na progu. Nie było wątpliwości, że słyszały
każde słowo ich kłótni.
- Panie Skalski, przepraszam… – zaczęła Marlo, ale pokazał
jej, żeby przestała.
- Zostajesz – powiedział tylko i wyszedł, zamykając za sobą
drzwi.
*
“Born in
the night,
I was set
from the shadows,
I’m a
creature of the night,
I’m a
creature of the night!
A barking
black dog, boy,
I’m a
barking black dog, boy.
I’m awake
when You’re asleep,
I’m awake
when You’re asleep.
Haunting
You in nightmares and in darkness!”^
Gitarowe outro tego utworu, przechodziło płynie we
wstęp kolejnego, który choć nie ich
autorstwa, na zawsze już kojarzył im się ze śmiercią Marlo.
Ania, w przeciwieństwie do swojego ojca, wpatrywała się w
twarz swoje matki, starając się wyczytać, jakie emocje wzbudzała w niej ich
muzyka. Czy wreszcie zrozumiała jaką ponieśli stratę, jaki ból przyniosła im ta
śmierć? A może czuła satysfakcję, bo karta obróciła się przeciw ojcu, jego
pasję znów trafił szlag, a dziewczyna, na którą zrzucała odpowiedzialność
za wszystko, co najgorsze, ostatecznie zniknęła z ich życia? Ta myśl nurtowała
ją od kilku dni, rodząc wątpliwości, budząc gniew, a nawet wściekłość.
Zasiewając ziarno nienawiści, którą starała się zdusić w zarodku, chociaż padło
na podatny grunt, żyzny od smutku, rozpaczy i samotności.
*
Kilka godzin przed wspomnianą kłótnią, Marek Skalski
odwiedził mieszkanie Marlo, żądny wymierzenia sprawiedliwości każdemu, kogo tam
spotka. Poinformował jej matkę, że znalazł Marlenę, przerażoną i pobitą oraz że
wie o wszystkim, co wydarzyło się w ich domu i skłoniło ją do ucieczki.
- Pani córka, nie wróci tu, dopóki nie pozbędzie się pani
śmierdzącego menela, który jej to zrobił. – Będąc ścisłym, użył wobec niego
kilkunastu znacznie bardziej wulgarnych epitetów. – W innym razie, sprawa trafi
na policję i zapewniam, że zadbam o to, by nigdy więcej nie zobaczyła pani
córki na oczy. Nigdy! Ma pani wybór, córka albo ten śmieć!
To znaczy jej konkubent, który był zbyt pijany, aby
podmiotowo uczestniczyć w tej dyskusji. Matka Marlo bez słowa wysłuchała jego
tyrady, patrząc na niego wzrokiem psa zagonionego w kąt, kogoś przegranego, kto
czeka na kolejny cios od losu. Ale w tym spojrzeniu kryło się też coś
groźniejszego i zaskakująco stanowczego. Pierwotna gotowość do choćby
beznadziejnej walki przeciwko siłom pragnącym pozbawić ją dziecka.
- Marlena musi tu wrócić – oświadczyła w końcu. – Czego pan
chce?
- Żeby się go pani pozbyła – powiedział wskazując na
pijanego mężczyznę, leżącego na tapczanie. – Ostatecznie. Wymieni pani zamki i
uprzątnie ten barłóg, żeby dało się w nim mieszkać. Do tego czasu Marlo
zostanie u mnie. A jeśli tu wróci i dowiem się, że nie traktuje je pani jak
należy, zniknie szybciej niż może sobie pani wyobrazić.
Jego zimny ton nie potrafił jej przestraszyć. Godziła się z
tym, jako kolejną marną transakcją, jaką musiała zawrzeć, aby przetrwać. Nie
widziała w niej szansy ani zagrożenia, tylko kolejny krok na drodze stagnacji,
pętli beznadziei, z której nigdy nie miała się wyrwać. Jednym uchem słuchała
gróźb Skalskiego i jego zapewnień o znajomościach w policji i
prokuraturze, a później przystała na wszystko, tak jak zawsze, nie mając
wyboru.
4 „Jest taki samotny dom” (fragm.) – A.Sikorski z albumu
„Cień Wielkiej Góry” Budka Suflera, Polskie Nagrania, 1975.
^
“Black dog trapped” – Anna Skalska, Marlena Turowicz z EP “No Way Back, Tribute
to Marlo” Sirius and the Sirens, Delusional Records, 2012.(Nathaniel Sathirian,2014)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz