niedziela, 24 listopada 2013

ROZDZIAŁ 2 (Jean Micheal Jarre - Waiting for Coustau (full song))



Z wnętrza na przystanek wysypało się kilku podróżnych. Po za mną, do środka wsiadał tylko jakiś dziadek. Ruszył do przedniego wejścia, a ja podążyłem za nim. Gdy wsiadł, wyjął z kieszeni swój portfel i przystawił go do owalnej płytki, zaczepionej na żółtej, stalowej rurce. Błysnęło zielone światełko i staruszek z zadowoleniem ruszył dalej. Cóż to było? Stałem jak zaczarowany, bezmyślnie wpatrując się w płytkę.
- Chcę pan kupić bilet czy jak? – spytał poirytowany, łysy kierowca, najpewniej Włoch albo coś w tym rodzaju.
- Tak – powiedziałem, sięgając do kieszeni marynarki.
Miałem tam sakiewkę monet. Wyjąłem ją i wysypałem garść na otwartą dłoń. Prawie same złote, kilka srebrnych. Wyciągnąłem rękę do kierowcy.
- Ile płacę?
- Żarty pan sobie stroisz? Co to za waluta? Przyjmuję funty. Trzy brytyjskie funty, skąd żeś się pan urwał?
Spojrzałem na swoją dłoń.
- A co to jest? – spytałem bezradnie. Nie miałem pojęcia.
- Czy ja wyglądam na kantor? Wysiadaj pan, nie mam czasu tu stać! 
Kierowca wściekał się coraz bardziej, a ja nie wiedziałem co robić. Chciałem się kłócić, ale jak miałem mu wytłumaczyć, że coś mu się pomyliło, jeśli sam nie potrafiłem poznać swoich pieniędzy?
- Niech się pan pospieszy, ile mamy czekać? – zawołał ktoś z wnętrza autobusu.
Wściekły wyszedłem na zewnątrz. Ruszył, a jak kopnąłem powietrze tuż za nim. Niech to szlag! Rozejrzałem się dookoła. Kilka numerów dalej zobaczyłem spory szyld z napisem „Sklep Johna”. Wszedłem do środka chcąc jeszcze raz przetestować swoje pieniądze. Na ślepo wziąłem z półki to co pierwsze wpadło mi w rękę (a była to karma dla psów) i podałem ją sprzedawcy. Rzuciłem mu jedną ze złotych monet. Zdawało mi się, że była to kupa szmalu.
- Yyy… proszę pana, nie przyjmujemy obcych walut – powiedział zdziwiony sprzedawca, a ja spojrzałem na niego ze złością. Z tym chłystkiem mogłem się pokłócić.
- Przecież to tutejsze pieniądze – żachnąłem się, jakby próbował robić ze mnie głupka i pokazałem mu całą garść podobnych – Żarty pan sobie stroisz?
Młodziak wyglądał na przestraszonego i każąc mi czekać, pobiegł na zaplecze, by przywołać swojego szefa. Po chwili pojawił się w drzwiach, a zza jego pleców wyłonił się mężczyzna uderzająco podobny do grubiańskiego wąsacza, którego spotkałem wcześniej. Ale nie, to nie mógł być on, może jego brat?
Z zaciekawieniem i dokładnością obejrzał moje monety. Przez dłuższy czas obracał je w tę i z powrotem, by ostatecznie pokręcić przecząco głową.
- Nie mogę ich przyjąć. Nigdy w życiu nie widziałem nic podobnego. Skąd je pan wytrzasnął?
- Zawsze takimi płaciłem – bąknąłem i wsypując je z powrotem do sakiewki, obróciłem się na pięcie, by wyjść ze sklepu.
Co to miało znaczyć? Dlaczego nosiłem przy sobie nic nie warte pieniądze? I te ich spojrzenia kiedy wyjąłem sakiewkę. Jakbym urwał się z Księżyca. No właśnie. Jakbym zupełnie nie pasował do tego świata. Swoim strojem, swoimi pieniędzmi, nagłym pojawieniem się. Moimi słowami. To właśnie byli Oni. Znalazłem się w Ich świecie. Tylko kim byli? Czym się od nich różniłem, poza garstką szczegółów? I jeśli to była prawda, jak mogłem wrócić, skoro nie wiedziałem nawet kim jestem? A może roję sobie to wszystko, tworzę absurdalne teorie…? Mógłbym przysiąc, że widzę te pieniądze nie po raz pierwszy. Że są to PRAWDZIWE pieniądze. Nie, to nie mogły być wymysły mojej fantazji. Musiałem mieć rację!
Ruszyłem przed siebie w gąszcz wąskich, zadbanych uliczek. Wybierałem te najmniej uczęszczane, najbardziej puste, chcąc uniknąć setek ciekawskich spojrzeń. Błąkałem się pośród rzędów podobnych, szykownych domków, wymuskanych automobili (czy tam autobusów) zaparkowanych na podjazdach. Wiał lekki wiatr muskając moją twarz. Czułem się coraz bardziej zmęczony, powłóczyłem nogami szukając jakiegoś miejsca gdzie mógłbym odpocząć. Kolejne domki, kolejne uliczki. Dzieci, dorośli i starcy. Obcy ludzie. Sami obcy, dziwni ludzie. Sam nie wiem jak dotarłem do obszernego parku. Richmond Park – tę nazwę usłyszałem od jakichś turystów wszystkiemu robiących zdjęcia. Usiadłem na trawię pod wielkim platanem. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Całe szczęście nie zanosiło się na deszcz. W gruncie rzeczy mógłby to być bardzo przyjemny dzień. Gdybym miał go spędzić z przyjaciółmi. Z krewnymi. Z rodziną. Czy miałem rodzinę? Może kilkoro dzieci, które z utęsknieniem wyczekiwały mojego powrotu? A ja tkwiłem tu pogrążony w niepamięci. Czekała mnie noc spędzona w parku. Nie miałem dokąd pójść. Gdybym pamiętał cokolwiek… Jak się nazywam, gdzie mieszkam, ile mam lat. Ale teraz? Może jutro zdołam dotrzeć do tego szpitala? Nosiłem silne przeświadczenie, że tylko tam, tylko w tym jednym miejscu mogli mi teraz pomóc. I w mojej szkole. Tam na pewno zostałbym poznany! Dziwna myśl. Przecież musiało minąć ze dwadzieścia lat odkąd skończyłem się uczyć. Dotknąłem swojej twarzy. Miałem wąsy, lekki zarost, ostre rysy. Musiałem mieć chociaż z czterdziestkę. Może po prostu najdawniejsze wspomnienia wracają jako pierwsze. Może mi się poprawia? Nie wiedziałem.
W oddali zobaczyłem stado jeleni. Danieli, tak właściwie. Czy widziałem je naprawdę, czy to mój mózg znów płatał mi figle. Jelenie! Jakieś mgliste wspomnienia przemknęły przez moją głowę. Czyjaś twarz w okrągłych okularach. Mój przyjaciel, Rogacz, JAMES! Zerwałem się na równe nogi i ruszyłem w stronę zwierząt.
- James! – zawołałem, licząc, że krył się za którymś ze zwierząt – JAMES!
Spłoszone odbiegły kawałek i zatrzymały się w bezpiecznej odległości. Co ja robię, do cholery? Przecież to tylko durne daniele! Skąd też miałby się tu znaleźć!? I wciąż nie pamiętam nic więcej, tylko tę twarz i jedno imię. Czy chadzaliśmy razem na polowania? Rogacz.
Wspiąłem się na drzewo i pół leżąc zastygłem na gałęzi. Z daleka obserwowałem zwierzęta. One też szykowały się do snu. Miałem nadzieję, że nikt mnie nie znajdzie. Że spędzę tu tę samotną, spokojną noc. Myśląc, śpiąc, poszukując wspomnień…

*

Otrząsnąłem się omal nie spadając na ziemię. Złapałem równowagę chwytając się pnia, a potem natychmiast pociągnąłem ręką wzdłuż pleców. Odetchnąłem. Co za obłęd! Szaleństwo! Obudziłem się z silnym poczuciem posiadania… ogona. To nie jest śmieszne! Będąc szczerym, myślałem, że dotykając pleców niechybnie natrafię na długi, włochaty ogon psa. Wielkiego czarnego psa. „To musiał być jakiś chory sen” – przekonywałem sam siebie. Po prostu nie miałem normalnych wspomnień. Ale… Jezu, czułem jakbym naprawdę był psem. Nie tylko ogon, ale futro, zęby i cztery łapy. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Zeskoczyłem z drzewa i rozejrzałem się za danielami. Chciałem jak najszybciej przegnać te schizofreniczne myśli. Zwierzęta zniknęły. Widocznie zbudziły się wcześniej niż ja. I nie przerażała ich wizja posiadania ogona. I tak go miały. Zaśmiałem się głośno z samego siebie. Bałem się własnych snów. Jakichś bzdurnych wytworów wyobraźni. Jakbym nie miał zanadto realnych problemów. Rozmasowałem ramiona i przeciągnąłem się kilka razy, bo gałąź, na której spałem, nie była szczególnie wygodna. Skręciłem w prawo i ruszyłem z powrotem w kierunku, z którego przybyłem. Liczyłem, że znów spotkam ten autobus i jakimś sposobem wślizgnę się do środka. Bo wciąż nie miałem pieniędzy. Stanowiło to zresztą dosyć spory problem, bo zaczynałem się robić głodny. Głód. Przywodził mi na myśl jakieś wspomnienia. Kolejne wizje. Postaci w długich, czarnych szatach. Okropny chłód. Beznadzieja. Żelazne kraty, ściany z ciosanych kamieni. Przerażające zimno. I strach. Bezwola. Ale było coś jeszcze. Ogromna złość. Wściekłość. Nienawiść wobec kogoś. Wobec osoby. Zdrajcy. Zbrodniarza! MORDERCY!
Prawie zderzyłem się z drzewem, gdy ten strumień myśli nagle przepłynął przez moją głowę. Zatrzymałem się i oparłem na pniu. James, James miał z tym coś wspólnego. To on mnie zdradził? To przez niego trafiłem w to miejsce?!
Mój mózg pracował na szalonych obrotach, z całych sił próbowałem sobie przypomnieć, próbowałem zrozumieć. To nie mógł być on. Nie James! On zdradził nas obu. Ten kto to zrobił zdradził i jego i mnie. Ale gdzie on teraz jest? Czy James nadal tkwi w tamtym lochu? Jest więźniem postaci w płaszczach? Ale jak to możliwe, abym ja był tutaj? Czy mógłbym umknąć im zostawiając za plecami Jamesa? Nie wierzę! A może…? To musiało być to! Ta koncepcja naprawdę przypadła mi do gustu. Może uciekliśmy razem, ale coś poszło nie tak. Ja oberwałem w głowę i zapomniałem wszystkiego, ale James! Jemu musiało się udać i teraz będzie mnie szukał. Gdybym tylko przypomniał sobie jego nazwisko. Albo własne. Tak, to byłoby najprostsze. Martwiło mnie tylko, że ta koncepcja miała sporo luk. Dużych luk. Bo jeśli James skończył tak samo jak ja? I czy on naprawdę trafił w to samo miejsce? No i kim są wariaci w tych podartych, czarnych szatach? Miałem paskudne przeczucie jakby nie byli ludźmi, ale natychmiast uciąłem te głupie myśli, odrzuciłem je tak jak sny o ogonie. Czy oni, oni-ludzie,  też będą chcieli mnie znaleźć? Czego mogą chcieć? A może sprzątnęliśmy ich w trakcie ucieczki? A z nimi zdrajcę. Ale nie, on wciąż jeszcze żył. Wiedziałbym, gdybym…
Znów szedłem pośród domków. Ludzie najpewniej pojechali już do pracy, bo wokół nie było nikogo. Nieszczególnie pamiętałem drogę, więc spróbowałem zdać się na intuicję. Tyle, że tutaj wszystko wyglądało tak samo. Mały czarny kot przebiegł mi drogę.
- Kici, kici! -  zawołałem za nim, a zza pleców usłyszałem kaszlnięcie.
Odwróciłem się na pięcie i zobaczyłem znajomego, łysego faceta z wąsami.
- Dalej szuka pan kota? – spytał tak samo nieuprzejmie jak wówczas.
- Owszem – odparłem, a kąciki moich ust zadrgały drwiąco – Może go pan widział? Jest duży i rudy, nazywa się… - Nie miałem pomysłu, ale to imię nagle samo z siebie zjawiło się w moich myślach. – Krzywołap.
- Krzywołap? – powtórzył bezmyślnie.
- Krzywołap – przedrzeźniłem go – Ma puszysty ogon, jak szczotka do butelek – dodałem, sam nie wiem po co, ale po prostu niespodziewanie zdałem sobie z tego sprawę.
Dokładnie opisywałem tego samego kota, który przypomniał mi się już wcześniej i należał do… Jakiejś kobiety, jak się zdaje, którą znałem. Kiedyś.
Wąsaty mężczyzna obszedł mnie szerokim łukiem (jakbym stanowił jakieś zagrożenie czy coś w tym rodzaju) i przyglądając mi się uważnie, niewiele tylko zwalniając kroku, ruszył dalej, rzucając za siebie:
- Nie widziałem tu takiego kota. Nie potrzebnie się pan tutaj kręci!
Zwykły prostak i cham! Co za bezczelne wkraczanie w moje sprawy! Miałem już ruszyć za nim i prosto w twarz wykrzyczeć mu co o tym sądzę, ale facet potknął się o niedomkniętą pokrywę szybu kanalizacyjnego i runął jak długi wprost na betonowy chodnik. Skwitowałem to bezczelną salwą głośnego śmiechu i ruszyłem dalej, zadowolony ze sprawiedliwości losu.
Krążyłem po okolicy co najmniej dwie godziny, kilkakrotnie będąc pewnym, że w końcu udało mi się trafić na tę samą ulicę, po której kursował autobus sześćdziesiąt pięć. Pamiętałem tę nazwę, co świadczyło o fakcie, że mój zanik pamięci nie postępował. Zatrzymałem się koło szkoły, a w każdym razie podejrzewałem, że była to szkoła, bo na trawniku obok niej dzieci kopały piłkę. Wydawało mi się dość osobliwym, że używały ku temu nóg, ale widać także niektóre sporty wypadły mi z pamięci. Usiadłem na murku, po drugiej stronie ulicy, tak, by nie wzbudzać podejrzeń, i przyglądałem się ich grze. Muszę przyznać, że przypadła mi do gustu. Siedziałem tam i nuciłem jakąś melodię. Nie pamiętałem nawet jej nazwy. Chyba zwykłem słuchać jej na gramofonie. A moja matka była wściekła. Tak, strasznie ją to złościło, a ja czułem się z tym świetnie. To chyba dziwne, ale tak właśnie było. Sądziła, że nie była to muzyka dla mnie. Gardziła nią.
To było moje pierwsze wspomnienie o matce. Nie układało nam się zbyt dobrze, jak mniemam…
Podniosłem się i oparty o metalowy słupek, zacząłem śpiewać półgłosem, słowa, które formowały się wprost, w moich ustach:

OUTRO: DIRE STRAITS - BROTHERS IN ARMS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz